Wieczór panieński
Tydzień temu poleciałam na całe 3 dni do Polski,
głównym celem wizyty był mój wieczór panieński.
Nie powiem, trochę sie denerwowałam bo dochodziły mnie informacje, że dziewczyny nie mogą sie dogadać odnośnie różnych kwestii, ale powiem szczerze, że bawiłam się doskonale! Staneły na wysokości zadania i lepiej, moim zdaniem, być nie mogło.
Dostałam koperty w różnych odstępach czasu i miejscami ze wskazówkami. Każda prowadziła do następnej. Później wybrałysmy się całą 4 do SPA na masaże, następnie mała domóweczka, biforek przed wyjściem do klubu. Bawiłysmy się do 4 nad ranem, a o 9 już pobudka. Szczerze powiem, że chętnie powtarzałabym to raz na kwartał. Spędziłam cudowny czas z moimi najbliższymi koleżankami, aż żal, i serce mnie ścisnęło, że nie mam dla nich tyle czasu, ile bym chciała. Dorosłe życie? Czyżby?
Równo za 4 dni Miki ma swój test na żółty pas. Obecnych osób ma być 140. Wyobrażacie to sobie? 140 osób!!!!! Sądzę, że mieszkańcy sąsiadujący z budynkiem szkoły, w której odbywa się trening będą co najmniej wkurzeni taką ilością samochodów.
Przez te 2 tygodnie Mikołaj przeskoczył z 22 club na 44 club. Jest to zabawa klasowa polegająca na tym, że każde dziecko w zależności od stopnia zaawansowania w liczeniu dostaje kartkę z zadaniami dodawania, odejmowania, mnożenia i dzielenia w ilości sztuk 11,22,33,44,55,(...),99. Każde dziecko ma na wypełnienie kartki 6 minut. Jeżeli w tym czasie wypełni poprawnie wszystkie zadania przeskakuje do clubu wyżej. Po 99 club dostaje się odznakę (badża, jak to mówi Mixon). Odbywa się to w każdy czwartek więc mamy cały tydzień na ćwiczenie zadań. Oczywiście nie obowiązkowo.
Ja z Mikim chcę ćwiczyć bo:
a) polskiej natury się nie pozbędziemy,
b) Mikołaj ma przy tym super zabawę,
c) ja sie cieszę, że możemy produktywnie spędzić razem czas.
U mnie?
Pracuje, ale powiem szczerze, że nienawidze mojej pracy. Praca może jest ok ale ilość tej pracy już niekoniecznie. Niestety. Myślałam, że tu pracuje się po angielsku. Jak widać nie wszędzie. Co zrobić? Zmienić pracę... Tak więc do naszego życia wszedł nowy plan. Plan samorozwoju Asi. Do pracy chodzę do maja szkolić język, w dni wolne od pracy czyli czwartki i piątki chodzę do Czarka uczyć się autocada i solidworksa. Plan jest taki żeby po maju znaleźć pracę właśnie związaną z tymi programami. Może być ciężko bo mało jest kobiet na tych stanowiskach, ale co tam... Młoda jestem to chłonę co mogę. W końcu to tylko 6 tygodni. Czarek daje mi swoje proste zadania, a jak mam czas to uczę się z książki.
Ogólnie ostatnio stwierdziłam, że ostatnie lata mojego życia to ciągła nauka.
W 2015 poznałam Czarka i uczyłam się go kochać, uczyłam się prawdziwego, dorosłego życia, zarządzania swoimi pieniędzmi, szukania pracy, radzenia sobie samej w trudnych sytuacjach, uczyłam się jak raz na zawsze pozbyć się problemu pseudo ojca który za punkt honoru obrał sobie zniszczenia mnie do cna,
w 2016 uczyłam się jak jeździć po świecie i się zorganizować,
w 2017 stawiałam swoje pierwsze kroki w Anglii, pierwsze samotne załatwianie spraw urzędowych w obcym języku, pierwsze samotne wyjścia, może to śmieszne z perspektywy czasu ale ja poważnie bałam się wyjść do sklepu samej. Dosłownie mózg wyprany. Samoocena na poziomie 0,
a w 2018 roku uczyłam się jak żyć spokojnie, jak prowadzić dom, gotować. Powiem szczerze, że rok 2018 był dla mnie wyjątkowy. Może pod względem pieniędzy nie było najlepiej, może nie jeździliśmy po świecie tyle co wcześniej. Ale dla mnie był magiczny. Pełen spokoju, miłości. Miałam czas dosłownie na wszystko, martwiłam się o na prawdę błahe sprawy. Uczyłam się jak żyć w Anglii, uczyłam się jak tych ludzi zrozumieć, jakie zasady tu panują, zwyczaje. Wszystko dla mnie było totalnie nowe, nieznane.
A w 2019 poszłam do pracy. Więc uczę się języka, uczę się nowych relacji. Poznaję ludzi z całego świata- z Grecji, Brazylii, Słowacji, Portugalii. Uczę się dosłownie wszystkiego i ciągle chcę więcej i ciągle mi mało. Doby często brakuje, dla znajomych nie mam czasu, a jak mam czas to zwyczajnie nie mam siły. Może cierpi na tym trochę Mikołaj bo mamy mało czasu dla siebie wspólnie, nie czytamy razem tyle, co wcześniej, nie chodzimy wspólnie aż tyle na place zabaw, nie jeździmy tyle na rowerach, nie chodzimy na hulajnogę, nie jeździmy aż tak często nad morze. Ale coś za coś. To jest mój rok, to jest mój czas. Czuję to. Czuję, że w końcu mogę oddać Mikiego w dobre ręce, gdzie czas ma zorganizowany na przeróżnych wycieczkach, zabawach, grach. I bardzo się cieszę, że te relacje między nimi się pogłębiają, a ja się trochę odsuwam w bok. W końcu facet potrzebuje faceta. Nie ukrywajmy tego i nie mydlmy sobie oczu.
Nigdy nie miałabym tego, gdyby nie Czaruś. Nie umiem wyrazić tego jaka jestem mu wdzięczna.
Za dosłownie każdą minutę poświęconą nam, za każdy gest, słowo, za zaangażowanie, determinację, za każdą dziurawą skarpetę, za każdy mój i Mikiego uśmiech, za ciepły, kochający się dom w którym nie ma wyzwisk, krzyków, przemocy.
Za 100% oddanie, za to, że jest, że jakimś cudem napotkałam go na mojej drodze, że pojawił się akurat w tym miejscu i w tym czasie w którym miał się pojawić.
Za tą piankę do golenia porozwalaną po całej łazience, za cierpliwość do mnie, za wytrzymywanie moich humorów, narzekań. Za spełnianie moich i naszych wspólnych marzeń, za ciężką pracę żeby nas utrzymać mimo, że nie musiał tego robić.
Za jego robótki ręczne, za energię i chęć do działania, za ciągnięcie mnie za sobą, za każdą wycieczkę, za każdy szalony pomysł, za każdą noc podczas której codziennie, bez wyjątku mnie przytula.
Za odwożenie i odbieranie Mikiego ze szkoły, kiedy ja jestem w pracy, za powtarzanie sobie pod nosem z lepszym akcentem wyrażeń po angielsku, za każdą imprezę w naszym domu, za leczenie mnie w chorobie, za wsparcie w trudnych chwilach, za zostawianie syfu w kuchni, za to, gdy wracam do domu po 11h pracy zawsze mam coś ciepłego do zjedzenia, a rano mam śniadanie, lunch i herbatę.
Za to, że daje mi popełniać błędy i przekonywać się, że moje pomysły nie zawsze są doskonałe, a zwyczajnie głupie- ale mogę dojść do tego sama.
Za decyzyjność, która z kolei moim zdaniem jest bardzo seksowna. Za to, że w skupieniu wyciąga język i smaruje nim usta z zawrotną prędkością, za każdą mniejszą i wiekszą kłótnię, za to, że zawsze wyciąga rękę pierwszy, za to, że się długo nie boczy, daje się łatwo udobruchać, że jest uparty i stawia na swoim.
I tak mogę wymieniać do jutra.
Życzę sobie, żeby to się nie skończyło.
Jesteśmy szczęśliwi, tak po prostu.
Niech tak zostanie.
A następnym razem coś o ślubie. Może.
Chcecie więcej? Może instagram: askorej
głównym celem wizyty był mój wieczór panieński.
Nie powiem, trochę sie denerwowałam bo dochodziły mnie informacje, że dziewczyny nie mogą sie dogadać odnośnie różnych kwestii, ale powiem szczerze, że bawiłam się doskonale! Staneły na wysokości zadania i lepiej, moim zdaniem, być nie mogło.
Dostałam koperty w różnych odstępach czasu i miejscami ze wskazówkami. Każda prowadziła do następnej. Później wybrałysmy się całą 4 do SPA na masaże, następnie mała domóweczka, biforek przed wyjściem do klubu. Bawiłysmy się do 4 nad ranem, a o 9 już pobudka. Szczerze powiem, że chętnie powtarzałabym to raz na kwartał. Spędziłam cudowny czas z moimi najbliższymi koleżankami, aż żal, i serce mnie ścisnęło, że nie mam dla nich tyle czasu, ile bym chciała. Dorosłe życie? Czyżby?
Równo za 4 dni Miki ma swój test na żółty pas. Obecnych osób ma być 140. Wyobrażacie to sobie? 140 osób!!!!! Sądzę, że mieszkańcy sąsiadujący z budynkiem szkoły, w której odbywa się trening będą co najmniej wkurzeni taką ilością samochodów.
Przez te 2 tygodnie Mikołaj przeskoczył z 22 club na 44 club. Jest to zabawa klasowa polegająca na tym, że każde dziecko w zależności od stopnia zaawansowania w liczeniu dostaje kartkę z zadaniami dodawania, odejmowania, mnożenia i dzielenia w ilości sztuk 11,22,33,44,55,(...),99. Każde dziecko ma na wypełnienie kartki 6 minut. Jeżeli w tym czasie wypełni poprawnie wszystkie zadania przeskakuje do clubu wyżej. Po 99 club dostaje się odznakę (badża, jak to mówi Mixon). Odbywa się to w każdy czwartek więc mamy cały tydzień na ćwiczenie zadań. Oczywiście nie obowiązkowo.
Ja z Mikim chcę ćwiczyć bo:
a) polskiej natury się nie pozbędziemy,
b) Mikołaj ma przy tym super zabawę,
c) ja sie cieszę, że możemy produktywnie spędzić razem czas.
U mnie?
Pracuje, ale powiem szczerze, że nienawidze mojej pracy. Praca może jest ok ale ilość tej pracy już niekoniecznie. Niestety. Myślałam, że tu pracuje się po angielsku. Jak widać nie wszędzie. Co zrobić? Zmienić pracę... Tak więc do naszego życia wszedł nowy plan. Plan samorozwoju Asi. Do pracy chodzę do maja szkolić język, w dni wolne od pracy czyli czwartki i piątki chodzę do Czarka uczyć się autocada i solidworksa. Plan jest taki żeby po maju znaleźć pracę właśnie związaną z tymi programami. Może być ciężko bo mało jest kobiet na tych stanowiskach, ale co tam... Młoda jestem to chłonę co mogę. W końcu to tylko 6 tygodni. Czarek daje mi swoje proste zadania, a jak mam czas to uczę się z książki.
Ogólnie ostatnio stwierdziłam, że ostatnie lata mojego życia to ciągła nauka.
W 2015 poznałam Czarka i uczyłam się go kochać, uczyłam się prawdziwego, dorosłego życia, zarządzania swoimi pieniędzmi, szukania pracy, radzenia sobie samej w trudnych sytuacjach, uczyłam się jak raz na zawsze pozbyć się problemu pseudo ojca który za punkt honoru obrał sobie zniszczenia mnie do cna,
w 2016 uczyłam się jak jeździć po świecie i się zorganizować,
w 2017 stawiałam swoje pierwsze kroki w Anglii, pierwsze samotne załatwianie spraw urzędowych w obcym języku, pierwsze samotne wyjścia, może to śmieszne z perspektywy czasu ale ja poważnie bałam się wyjść do sklepu samej. Dosłownie mózg wyprany. Samoocena na poziomie 0,
a w 2018 roku uczyłam się jak żyć spokojnie, jak prowadzić dom, gotować. Powiem szczerze, że rok 2018 był dla mnie wyjątkowy. Może pod względem pieniędzy nie było najlepiej, może nie jeździliśmy po świecie tyle co wcześniej. Ale dla mnie był magiczny. Pełen spokoju, miłości. Miałam czas dosłownie na wszystko, martwiłam się o na prawdę błahe sprawy. Uczyłam się jak żyć w Anglii, uczyłam się jak tych ludzi zrozumieć, jakie zasady tu panują, zwyczaje. Wszystko dla mnie było totalnie nowe, nieznane.
A w 2019 poszłam do pracy. Więc uczę się języka, uczę się nowych relacji. Poznaję ludzi z całego świata- z Grecji, Brazylii, Słowacji, Portugalii. Uczę się dosłownie wszystkiego i ciągle chcę więcej i ciągle mi mało. Doby często brakuje, dla znajomych nie mam czasu, a jak mam czas to zwyczajnie nie mam siły. Może cierpi na tym trochę Mikołaj bo mamy mało czasu dla siebie wspólnie, nie czytamy razem tyle, co wcześniej, nie chodzimy wspólnie aż tyle na place zabaw, nie jeździmy tyle na rowerach, nie chodzimy na hulajnogę, nie jeździmy aż tak często nad morze. Ale coś za coś. To jest mój rok, to jest mój czas. Czuję to. Czuję, że w końcu mogę oddać Mikiego w dobre ręce, gdzie czas ma zorganizowany na przeróżnych wycieczkach, zabawach, grach. I bardzo się cieszę, że te relacje między nimi się pogłębiają, a ja się trochę odsuwam w bok. W końcu facet potrzebuje faceta. Nie ukrywajmy tego i nie mydlmy sobie oczu.
Nigdy nie miałabym tego, gdyby nie Czaruś. Nie umiem wyrazić tego jaka jestem mu wdzięczna.
Za dosłownie każdą minutę poświęconą nam, za każdy gest, słowo, za zaangażowanie, determinację, za każdą dziurawą skarpetę, za każdy mój i Mikiego uśmiech, za ciepły, kochający się dom w którym nie ma wyzwisk, krzyków, przemocy.
Za 100% oddanie, za to, że jest, że jakimś cudem napotkałam go na mojej drodze, że pojawił się akurat w tym miejscu i w tym czasie w którym miał się pojawić.
Za tą piankę do golenia porozwalaną po całej łazience, za cierpliwość do mnie, za wytrzymywanie moich humorów, narzekań. Za spełnianie moich i naszych wspólnych marzeń, za ciężką pracę żeby nas utrzymać mimo, że nie musiał tego robić.
Za jego robótki ręczne, za energię i chęć do działania, za ciągnięcie mnie za sobą, za każdą wycieczkę, za każdy szalony pomysł, za każdą noc podczas której codziennie, bez wyjątku mnie przytula.
Za odwożenie i odbieranie Mikiego ze szkoły, kiedy ja jestem w pracy, za powtarzanie sobie pod nosem z lepszym akcentem wyrażeń po angielsku, za każdą imprezę w naszym domu, za leczenie mnie w chorobie, za wsparcie w trudnych chwilach, za zostawianie syfu w kuchni, za to, gdy wracam do domu po 11h pracy zawsze mam coś ciepłego do zjedzenia, a rano mam śniadanie, lunch i herbatę.
Za to, że daje mi popełniać błędy i przekonywać się, że moje pomysły nie zawsze są doskonałe, a zwyczajnie głupie- ale mogę dojść do tego sama.
Za decyzyjność, która z kolei moim zdaniem jest bardzo seksowna. Za to, że w skupieniu wyciąga język i smaruje nim usta z zawrotną prędkością, za każdą mniejszą i wiekszą kłótnię, za to, że zawsze wyciąga rękę pierwszy, za to, że się długo nie boczy, daje się łatwo udobruchać, że jest uparty i stawia na swoim.
I tak mogę wymieniać do jutra.
Życzę sobie, żeby to się nie skończyło.
Jesteśmy szczęśliwi, tak po prostu.
Niech tak zostanie.
A następnym razem coś o ślubie. Może.
Chcecie więcej? Może instagram: askorej
Wydrukuj i daj Czarkowi przy najbliższej okazji. Ja mam takie swoje "za co Cię kocham", które dawałam Tomkowi jakieś 10lat temu i to wszystko nadal wzrusza.
OdpowiedzUsuńNajbardziej podziwiam za wyjazd, za ten krok, za decyzję i zrealizowanie. Pomimo, że w Polsce jest z pewnością gorzej niż w Anglii to ja bym się nie odważyła. Taka pipka ze mnie 😉 Wydaje mi się, że wierzyłaś w siebie, albo wiara Czarka w to, że to odpowiedni krok była na tyle silna, że stwierdziłaś, że wyjeżdżacie. Ja bym zaraz milion powodów znajdywała dlaczego by nie jechać 😉
Pisz o ślubie, jestem mega ciekawa. Instagrama nie mam, fb zajmuje mi już zbyt wiele czasu 😉
Pięknie to napisałaś, aż czuć Miłość ☺️❤️
OdpowiedzUsuńa mogę adres bo w stopce nie ma? :(
UsuńJasne, ale potrzebuję Twojego maila żeby wysłać zaproszenie 😉
UsuńI jak nastrój przedślubny? Stres jest? Wszystko dopięte na ostatni guzik?
OdpowiedzUsuń