Życie za granicą- tęsknota za domem.
Uważam, że decyzję o wyjeździe podjęłam bardzo odpowiedzialnie.
Przemyślałam wszystkie za i przeciw i przygotowałam siebie, Mikiego oraz C. na część przewidywalnych rzeczy, które mogły się zdarzyć i na problemy jakie mogą nas spotkać.
Z perspektywy czasu stwierdzam, że rok przygotowań do wyjazdu jest czasem odpowiednim na to przedsięwzięcie.
Tylko czy da się przygotować swój umysł na tęsknotę za domem i przyjaciółmi?
Czy da się od tak wskoczyć w nową wodę i nie odczuć skutków i różnic?
Nie da. Mimo, że żyjemy w dalszym ciągu w Europie i większość rzeczy powinna być taka sama lub co najmniej bardzo podobna - jednak nie jest. I czuje się to na każdym kroku.
Głupie wyjście na zakupy różni się drastycznie.
Serek wiejski jest inny, a chleb smakuje zupełnie inaczej. Czekolada ma inny smak, w pobliskim sklepie nie ma ulubionego Danio Mikołaja. No i płaci się w innej walucie więc jak stwierdzić czy robi nas ktoś w bambuko czy nie?
W przepisie jest napisane, że trzeba dodać śmietanki 12%, a tu do wyboru single albo double i co z tym fantem?
Wieczorem nie ma z kim zostawić Mikołaja ponieważ nie ma babci więc zostajemy w domu. Bo gdzie mam iść sama? Do kogo? Z kim wyjść skoro swoje przyjaciółki zostawiłam w Poznaniu?
Do kina w trójkę nie pójdziemy- bariera językowa.
Ba! Wsiąść sama w samochód wsiądę i pojadę. Do Tesco, Aldiego czy Asdy. Nigdzie dalej bo zwyczajnie się boję. Inna strona drogi, inaczej się skręca, inne znaki, a niektóre ronda to totalny kosmos. Kto to widział żeby robić potrójne ronda? Poza tym zauważyłam, że tu nie ma dróg prostopadłych i równoległych. Więc nie jest jak w Polsce, że jak się pomylisz to skręcisz w następną przecznicę i dojedziesz do celu. Nic bardziej mylnego. Źle skręcisz to często droga poprowadzi Cię do innego hrabstwa. Kosmos. A ile razy już pomyliłam stronę drogi i wyjechałam komuś na "czołówkę" to nie zliczę.
Nie pójdę do parku poznać nowych koleżanek- bariera językowa. Mimo, że rozumiem i umiem pogadać na wiele tematów w języku angielskim z tyłu głowy ciągle mam myśl, że mam inny akcent, inaczej wymawiam słowa, a oni to słyszą, a ja jak zaczynam się bardzo starać zaczynam się plątać, mylić i denerwować.
Brakuje mi mamy, mimo, że mnie denerwuje i stwierdzam, że jestem już w takim wieku i na takim etapie życia, że zwyczajnie nie jestem już w stanie mieszkać z mamą- tęsknię za nią. Tęsknie, że nie mogę wsiąść w samochód i za 30 min, godzinę, dwie czy trzy być w domu. Pogadać, wypłakać się, ponarzekać i z nową siła i energią wrócić do siebie. Z gołąbkami czy zrazami na jutrzejszy obiad.
Tęsknie za tym, że gdy pokłócę sie z C., bo tak, kłócimy się, nie mogę trzasnąć drzwiami i wyjść do kogoś ochłonąć bo gdzie mam iść? Mam koleżanki ale to nie to- narzekamy sobie ale głupio mi stanąć przed jej drzwiami z moim problemem. Każdy ma swoje i po co kogoś karmić cudzymi w dodatku takimi, na poziomie problemów pierwszego świata. I może ktoś uzna to za śmieszny problem ale ja go mam już od prawie dwóch lat. A na spacer nie pójdę bo zazwyczaj... pada.
Pada, ciągle pada. Non stop pada. Ma to plusy- wyspa jest niesamowicie zielona i piękna. Ale cholera ile może padać?
Wiem, inni mają gorzej. Ale każdy pracuje na to, żeby mieć lepiej, prawda? Nikt sam, z własnej nie przymuszonej woli nie idzie tam, gdzie miałby gorzej. Chyba, że jacyś męczennicy, prawda?
Przemyślałam wszystkie za i przeciw i przygotowałam siebie, Mikiego oraz C. na część przewidywalnych rzeczy, które mogły się zdarzyć i na problemy jakie mogą nas spotkać.
Z perspektywy czasu stwierdzam, że rok przygotowań do wyjazdu jest czasem odpowiednim na to przedsięwzięcie.
Tylko czy da się przygotować swój umysł na tęsknotę za domem i przyjaciółmi?
Czy da się od tak wskoczyć w nową wodę i nie odczuć skutków i różnic?
Nie da. Mimo, że żyjemy w dalszym ciągu w Europie i większość rzeczy powinna być taka sama lub co najmniej bardzo podobna - jednak nie jest. I czuje się to na każdym kroku.
Głupie wyjście na zakupy różni się drastycznie.
Serek wiejski jest inny, a chleb smakuje zupełnie inaczej. Czekolada ma inny smak, w pobliskim sklepie nie ma ulubionego Danio Mikołaja. No i płaci się w innej walucie więc jak stwierdzić czy robi nas ktoś w bambuko czy nie?
W przepisie jest napisane, że trzeba dodać śmietanki 12%, a tu do wyboru single albo double i co z tym fantem?
Wieczorem nie ma z kim zostawić Mikołaja ponieważ nie ma babci więc zostajemy w domu. Bo gdzie mam iść sama? Do kogo? Z kim wyjść skoro swoje przyjaciółki zostawiłam w Poznaniu?
Do kina w trójkę nie pójdziemy- bariera językowa.
Ba! Wsiąść sama w samochód wsiądę i pojadę. Do Tesco, Aldiego czy Asdy. Nigdzie dalej bo zwyczajnie się boję. Inna strona drogi, inaczej się skręca, inne znaki, a niektóre ronda to totalny kosmos. Kto to widział żeby robić potrójne ronda? Poza tym zauważyłam, że tu nie ma dróg prostopadłych i równoległych. Więc nie jest jak w Polsce, że jak się pomylisz to skręcisz w następną przecznicę i dojedziesz do celu. Nic bardziej mylnego. Źle skręcisz to często droga poprowadzi Cię do innego hrabstwa. Kosmos. A ile razy już pomyliłam stronę drogi i wyjechałam komuś na "czołówkę" to nie zliczę.
Nie pójdę do parku poznać nowych koleżanek- bariera językowa. Mimo, że rozumiem i umiem pogadać na wiele tematów w języku angielskim z tyłu głowy ciągle mam myśl, że mam inny akcent, inaczej wymawiam słowa, a oni to słyszą, a ja jak zaczynam się bardzo starać zaczynam się plątać, mylić i denerwować.
Brakuje mi mamy, mimo, że mnie denerwuje i stwierdzam, że jestem już w takim wieku i na takim etapie życia, że zwyczajnie nie jestem już w stanie mieszkać z mamą- tęsknię za nią. Tęsknie, że nie mogę wsiąść w samochód i za 30 min, godzinę, dwie czy trzy być w domu. Pogadać, wypłakać się, ponarzekać i z nową siła i energią wrócić do siebie. Z gołąbkami czy zrazami na jutrzejszy obiad.
Tęsknie za tym, że gdy pokłócę sie z C., bo tak, kłócimy się, nie mogę trzasnąć drzwiami i wyjść do kogoś ochłonąć bo gdzie mam iść? Mam koleżanki ale to nie to- narzekamy sobie ale głupio mi stanąć przed jej drzwiami z moim problemem. Każdy ma swoje i po co kogoś karmić cudzymi w dodatku takimi, na poziomie problemów pierwszego świata. I może ktoś uzna to za śmieszny problem ale ja go mam już od prawie dwóch lat. A na spacer nie pójdę bo zazwyczaj... pada.
Pada, ciągle pada. Non stop pada. Ma to plusy- wyspa jest niesamowicie zielona i piękna. Ale cholera ile może padać?
Wiem, inni mają gorzej. Ale każdy pracuje na to, żeby mieć lepiej, prawda? Nikt sam, z własnej nie przymuszonej woli nie idzie tam, gdzie miałby gorzej. Chyba, że jacyś męczennicy, prawda?
Zaglądam, choć nie komentuję. Podziwiam. Ja z tych co to najlepiej w swoim łóżku, pod swoją kołdrą 😉 Bałabym się najbardziej tej tęsknoty. A największy stres to zmiana przedszkola. Przeprowadziliśmy się do miejscowości obok a mimo to Mateusz zostaje "w swoim" przedszkolu.
OdpowiedzUsuńCo tam u Was? Jak przygotowania do ślubu?
Witaj.
OdpowiedzUsuńWiesz, za nim poleciałaś do ukochanego, to może warto było poczytaćo życiu w Angli. Przygotować się do tego jakoś? Chyba każda normalna osoba tak by zrobiła, zwłaszcza lecąc tam z dzieckiem.
Też mieszkam na tej wyspie i troszkę czasu zajęło zanim się przestawiłam na ruch lewostronny, na inny język, inne święta, inne inności..
Pewna jesteś, że chcesz wziąć ślub? może pomieszkaj tam najpierw jakiś czas, zobacz jak się sprawdzacie oboje a na ślub czas przyjdzie zawsze.. teraz masz różowe okulary, które wiele przysłaniają.. zobaczysz, że za jakiś czas nie będzie tej sielanki..
Mi osobiście też się tutaj lepiej żyje, bezproblemowo..
Żyję już tutaj prawie dwa lata. Myślałam, że się przygotowałam, czytałam, kuzynka mi opowiadała, ale jedno opowieści, a drugie prawdziwe życie i zetknięcie się z tym.
UsuńI tak, chce wziąć ślub, mieszkamy ze sobą prawie dwa lata i jakoś różowe okulary jeszcze nie zeszły. Nie kłócimy się poważnie i dogadujemy się w większości spraw. Kochamy się, a poza tym jesteśmy za leniwi żeby kolejny raz próbować z kimś innym i szukać.
Powodzenia :)