Kilka rzeczy o brytyjskiej szkole część 1

A niech tam,
jak już tu weszłam i widzę, że jednak ktoś tu jeszcze zagląda, pociągnę temat.
A może nawet i zmienię szatę graficzną i zostanę tu znowu na chwilę dłużej?
Jedno jest pewne, muszę koniecznie zobaczyć co u Was.
Jestem bardzo ciekawa co się pozmieniało, kurcze, tęskniłam... ale w pewnym momencie swojego życia złapałam taką depresję, że będąc w niej nie chciałam pogrążać się bardziej dodatkowo o niej pisząc. Było źle, było bardzo źle.
Ale jak wiadomo, po każdej burzy wychodzi słońce i wiem to, może mało skromnie z mojej strony, ale zasłużyłam sobie na to, co mam teraz. Zasłużyłam żeby w końcu to mnie musnęło szczęście, zasłuzyłam na spokój który mam teraz, na problemy rzędu nie wytarta pianka do golenia z podłogi czy zostawiony kubek po kawie w salonie.
No ale nie o tym.

SZKOŁA W ANGLII.

Nie będę tu czarować ani nikogo oszukiwać, że przed zapisaniem do szkoły Mikołaja nie zrobiłam żadnego reaserchu w internetach jak to wygląda.
Wskoczyliśmy na głeboką wodę, wzięliśmy pierwsza lepsza szkołę, którą zaproponowała nam pani z odpowiedniej, lokalnej instytucji. Szkołę, gdzie było miejsce i która była w miarę blisko (40 min na nogach).
Dużo rozmawiałam z Mikołajem na ten temat wcześniej ponieważ wiedziałam jak to wyglądało w Polsce i w żłobku, i w przedszkolu- lament przez cały rok, wciskanie go siła na sale, zamykanie za sobą drzwi i uciekanie z placówki żeby nie słyszeć płaczu. Z perspektywy czasu wcale mu się nie dziwię. Gdy zaczęłam prace w Polsce Mikołaj lądował w przedszkolu u godzinie 6:30, a odbierany był najwcześniej o 16:30. Matko, znowu zbaczam z tematu.

Pierwszy dzień w szkole pamiętam doskonale. Mikołaj ubrany w pięknie pachnący i nowy mundurek.
Szare spodnie, biała koszulka i czerwony sweterek.
Dzień wcześniej zrobiłam Mikiemu karteczki z rysunkami z podstawowymi rzeczami jak jedzenie, picie, toaleta, telefon- w końcu był to angielski laik. Nie potrafił nic.
Szkoła zaczyna się o 8:45, a kończy o 15:15.
Pierwszy szok jaki przeżyłam to to, że przed szkołą trzeba czekać czy w deszczu czy w śniegu, czy w słońcu aż nie otworzą bramy i drzwi do danej sali. Szok. No ok, są zasady, trzeba się dostosować.

Mikołaj jak to Mikołaj, płakał ale nie biegł za mną. Nie przyczepiał się do nóg jak rzep. Zwyczajnie płacząc został. Taki stan rzeczy utrzymywał się przez 2 tygodnie. Po dwóch tygodniach jak ręką odjął. Co dziwne, Mikołaj bez języka zaczął mieć swoich ulubionych kolegów. Opowiadał mi co się działo w szkole, czego się nauczyli. I najzwyczajniej tę szkołę polubił.
Jedyną przeszkodą były obiady w szkole. Mikołaj nie chciał i dalej nie chce jeść brytyjskich obiadów. Ale i na to znaleźliśmy sposób- robimy do szkoły kanapki.

Kolejną rzeczą, która mnie zaskoczyła jest to, że jedynym wkładem własnym w wysłanie dziecka do szkoły jest kupienie mu mundurku, który kosztuje dosłownie grosze w stosunku do najniższej krajowej pensji. Całe umundurowanie (no dobra, oprócz butów) kosztowało łącznie 50f. Czyli licząc najniższą krajową pensje jest to około 5h czyjejś pracy. Czyli- każdego stać żeby wysłać dziecko do szkoły. Nikt nie musi brać pożyczek i martwić się czy wydać na wymarzone kredki czy kupić podręczniki.

Oczywiście zdarzało się na początku, że dzwonili do mnie ze szkoły i Mikołaj płacze.
Odbierałam go wtedy wcześniej żeby się nie zniechęcił.

Kolejną rzeczą która mnie zaskoczyła i to wbiła mnie totalnie w ziemię jest taka, że jako Miki już się zaklimatyzował- ok, mama idzie do pracy. Poszłam do szkoły i wychowana, że standardem jest, że w każdej szkole jest świetlica, gdzie dziecko może zostać po szkole i poczekać na rodziców doznałam szoku. Może to standard w Polsce, jednak na wyspach niestety jest to rzadkość. Nie każda szkoła ma taką możliwość. Staneliśmy wtedy z C. przed wyborem, czy zmienić szkołę na taką z "after school club" i znowu wyciągać go z otoczenia w którym już czuje się dobrze i bezpiecznie czy zostawić go na rok, a co za tym idzie ja zostaję w domu jako house wife. Przyznam szczerze, że opcja rozpoczęcia przezemnie pracy tutaj kompletnie mnie przerażała i paraliżowała. Bałam się odebrac brytyjski telefon, a co dopiero iść na rozmowę kwalifikacyjną. Ale o tym kiedy indziej.

Decyzja padła- Mikołaj zostaje w szkole, a ja zostaje w domu.
I wiecie co?
Była to genialna decyzja.
Ale o tym także może kiedy indziej.
Wróćmy do szkoły.

Dzięki temu, że zostałam w domu mogłam z Mikołajem siedzieć i dużo ćwiczyć, pomagać , wspierać.
Mogłam uczestniczyć w każdym apelu w szkole, a jest ich tutaj strasznie dużo.
Mogłam z każdym problemem iść do nauczycielki, a było parę incydentów, mało ciekawych, które było trzeba rozwiązać. O tym kiedy indziej.

Jak już wspomniałam- Mikołaj nie dość, że niesamowicie szybko zaklimatyzował się w szkole to jeszcze zaczął zbierać uwaga!! nagrody za dobre czytanie, matematykę czy sport. A wiecie co jest najśmieszniejsze? Mikołaj czytał literki i ciąg słów i totalnie nie miał pojęcia co te rzeczy znaczą.
Można? Można!
Śmieszniejsze jest to, że zbiera te nagrody wśród brytysjkich dzieci ponieważ jest jedynym polakiem w szkole. Niesamowite.

Kolejna kwestią która trzeba poruszyć- nauka języka.
Posyłając go do szkoły byłam przekonana i wręcz pewna i dałabym sobie uciąć rękę, że Mikołaj w ciągu 3 miesięcy będzie umiał mówić na tyle żeby bawić się z dziećmi i spokojnie się z nimi dogadać. I wiecie co? Właśnie nie miałabym ręki.
Nauka języka przebiegała według mnie bardzo mozolnie. Pierwsze zdanie jakie usłyszałam po angielsku z ust mojego syna było po 8 miesiącach uczęszczania do szkoły. Widzę, słyszę, że dalej ma problem z komunikacją. Na placach zabaw czy w czasie zabawy z brytyjskimi dziećmi ma problem, hm, no ok, on problemu nie ma. Dzieci mają problem żeby zrozumieć o co mu chodzi. I niestety widzę, że jeżeli ma okazje wybrać do zabawy polskie czy brytyjskie dziecko- wybierze te polskie. Mimo, że zaczyna mieszać języki i czasami zaczyna mu brakować słów po Polsku.
Ale daje rade. Jestem totalnie dumna. Zupełnie i po całości. Jestem tak cholernie dumna z tego małego, dużego człowieka, że gdybym mogła postawiłabym mu pomnik.

Wracajmy do tematu.
Musiał przyjść dzień w którym Mikołaj się rozchorował.
Kolejny szok- do szkoły trzeba dzwonić i informować, że dziecko będzie nieobecne. I nie, nie jest to usprawiedliwiona nieobecność. Obecność zostaje usprawiedliwiona w momencie w którym przyniesie się świstek od lekarza o odbytej wizycie z nazwiskiem lekarza i datą wizyty.
Mają tu hopla i co najmniej jobla na punkcie frekwencji. Po każdym dniu nieobecności dostaję smsa ze szkoły syna z jego frekwencją.
Jeden raz zdarzyła nam się dłuższa choroba. Trwająca od środy. W piątek zostałam odwiedzona przez wizytację ze szkoły którzy chcieli zobaczyć czy Mikołaj jest na tyle chory żeby nie iść do szkoły. Musiałam pokazać leki, powiedzieć co mu jest, kiedy byłam na wizycie u lekarza. SZOK! Z jednej strony jest to straszne, z drugiej jednak mają kontrolę nad tym co się dzieje z dzieckiem i czy nie dzieje mu się krzywda. Wszystko ma swoje plusy i minusy. Dziwne było to, że cała rozmowa odbywała się przed domem i nie chciały wejść do środka. Dziwne.

ZIMA W ANGLII.
Może Was zaskoczę ale tutaj odrobina śniegu paraliżuje dosłownie cały kraj.
W tym roku zima o dziwo okazała się surowsza niż w Polsce, a co za tym idzie spadło jak na te warunki strasznie dużo śniegu. I wiecie co?
Mikołaj nie chodził do szkoły(!!!!) ponieważ warunki atmosferyczne na to NIE POZWALAŁY- na drogach leżał śnieg! O tyle było dla mnie to szokiem, że o zamknięciu szkoły informowali dopiero rano poprzez smsa.
To jest nic. Pewnego dnia w ciągu dnia dostałam smsa, że rodzice proszeni są o przyjście do szkoły po dzieci ponieważ pada śnieg i chcą jak najszybciej zamknąć szkołę. Niesamowite...
Innego dnia dzieci nie szły do szkoły ponieważ na drogach był lód, tutaj nie znają takich life chacków jak posypanie chodnika solą z piaskiem żeby tę przeszkodę usunąć.
Innego dnia rano dostałam smsa, że proszą aby dzieci przyprowadzić nie na 8:45 jak zwykle tylko na 11 ponieważ warunki pogodowe są złe- śnieg na drogach.

Ale się rozpisałam.
Podsumowując- jedyną przerażoną sytuacją zmiany szkoły i codziennego języka Mikołaja byłam ja. Mikołaj okazał się dzielnym, młodym mężczyzną, podołał wyzwaniu, odnalazł się i zdecydowanie stwierdzam iż strach ma wielkie oczy.

Niesamowite. Jestem zdecydowanie zachwycona metodami nauki jakie są tutaj stosowane.
Ale może o tym kiedy indziej.
Dotrwał ktoś do końca?
Chcecie więcej takich postów? 

Komentarze

  1. Ja tez jak mam do wyboru rozmawiac po polsku czy po angielsku to wybieram polski jezyk :D
    Fajnie, że poukłądało Ci sie życie :) Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty